a Nivak wychyna... wychynęciuje?... wychynywa?... z otchłani~~
poniedziałek, 01 lutego 2010

Oponka została obejrzana rok wcześniej, o czym pisałam rok wcześniej. W związku z tym postanowiliśmy zakupić taki wynalazek i stało się to faktem. Oczywiście Żółwikowy tatuś nie powstrzymywał się przed nadmuchaniem oponki na sucho, czyli w domu, w celu jak najbardziej sprawdzenia, czy aby nie jest dziurawa, czy coś. Nie była i nie jest. Dziecięciu bardzo się spodobała jaka zabawka do siedzenia, ale nie jakoś tak powalająco. Ciekawe dlaczego?

W sobotę jednak pogoda pozwoliła na wyjście na spacer. Wzięliśmy oponkę, która okazuje się być bardzo lekką wersją sanek jeśli idzie o ich noszenie. Znaleźliśmy niewielki spadek, taki dosłownie minimalny, żeby nie przesadzać. Na szczęście w okolicy jest spadków do wyboru, do koloru. Zasadniczo białe. Ku memu zdziwieniu na dworze nie było prawie w ogóle dzieciarni o_O Tym więcej śniegu dla nas. Najpierw w celach kontrolnych zjechał tatuś. Potem wziął na pokład Żółwika. Żółwik nie wiedział oczywiście co się dzieje. Na dokumentacji zdjęciowej widać, że jego dziobek nie tryska entuzjazmem. Ale to nie do końca prawda, bo potem było coraz lepiej i z żywym zainteresowaniem obserwował ten nieszkodliwy do tej pory obiekt, jakim jest oponka. Ja również zjechała z Żółwikiem i fajnie się kręciliśmy po drodze, że już nie wspomnę o tym, że na oponce jedzie się dalej niż na sankach.

Trzeba będzie powtórzyć zabawę ^_^

 


wtorek, 26 stycznia 2010

Żółwik lubi muzykę. Lubi pogować. Potrafi pogować do wszystkiego, co ma w miarę wyraźny rytm. Poza tym hitem jest Oxygene 4 Jean-Michela Jarre'a, oczywiście z żywymi pingwinkami. W związku z tym powstał w mej głowie szalony pomysł stworzenia dziecięciu maskotki w kształcie pingwinka, ale chwilowo pomysł ten nie wykracza poza strefę pomysłu. Zanim jednak pingwinki zawładnęły umysłem Żółwika hitem sezonu było Zoolook tegoż samego wykonawcy i również z klipem, z robocikami. Bardziej jednak lubię pingwinki, przy czym robociki powoli wypadają z Żółwiczej mody. Aha, lubi też Lady Gagę ^_^

czwartek, 14 stycznia 2010

Sądziłam, że Żółwik jest już dużym i samodzielnym Żółwikiem, w związku z czym nie potrzebuje mamy w trybie ciągłym. Niespodzianka nastąpiła przedwczoraj wieczorem, kiedy Nivak pykał sobie w Mass Effecta, a tu dziecię zbudziło się ze snu i nie odpuściło płaczu, póki mama nie wyłączyła komputera i nie położyła się obok Żółwika w celu uśpienia.

Wzruszyłam się, ale i tak się nie wyspałam.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Zacznijmy od tego, że Żółwik został przykoszony. Maszyna tnąca poszła w ruch i przycięła bujną grzywę do zdyscyplinowanych 9mm. Operacja wyszła znakomicie, zero płaczu, czy marudzenia, raczej zainteresowanie. Najlepiej się sprawdziła wersja, że tata trzyma dziecię, a mama tnie. Oczywiście nie jest doskonale, ale nie chcieliśmy wystawiać cierpliwości Żółwika na tak długą próbę.

Choinka wywołała u Żółwika wielką sensację. Ustawiłam ją strategicznie w miejscu niedostępnym, kabelek od światełek skutecznie unieruchomiłam w miejscu również niedostępnym, czyli dziecię mogło się zachwycać kolorową (na swój sposób choinką) i nie zagrozić sobie przy okazji. Delikatne, ciepłe światło przydało się bardzo zwłaszcza wieczorem, bo nie trzeba było zapalać lampki, czy światła na korytarzu, żeby dziecię ułożyć w łóżeczku. Zawsze przecież po ciemku można nie trafić.

Wigilia upłynęła pod znakiem ostatnich zakupów w wykonaniu tatusia, przygotowywania - ale na spokojnie - wiktuałów i na krótkiej wizycie u babci Zet. Przy okazji Żółwik miał okazję poznać ciocię E, która jednak większość czasu spędziła przy lepieniu uszek. Zresztą w towarzystwie babci Zet. My natomiast kręciliśmy się po okolicy podobnie jest Żółwicze kuzynostwo, przy czym oni akurat kręcili się w okolicy komputera i zimnych ogni. Wyposażeni na drogę w bigosik i pierożki wróciliśmy na własne przygotowania.

Pomijając fakt, że wszystko wyszło tak jak chcieliśmy, to muszę przyznać, że bardzo miło spędziliśmy Wigilię. Żółwik się z nami bawił biegając na czworakach po przedpokoju. Wprawdzie cymbałko-pianinko nie wzbudzało już takiego entuzjazmu jak na początku (wtedy aż mi w uszach dźwięczało), ale i tak się nim bawił i teraz nadal się bawi.

Jak już można się było dowiedzieć z innego internetowego źródła, dnia następnego zawitał do nas wujek A. Było to o tyle zabawne, że Żółwik przyzwyczajony jest, że kiedy słyszy w zamku do drzwi wejściowych klucz, zakłada, że to tata. Tym razem jednak tata wyszedł po wujka, który po raz kolejny postanowił na piechotę przyjść z dworca, i w związku z tym wracali razem. A ponieważ Żółwiczy tata jest uprzejmy, to gościa puścił przodem w drzwiach mieszkania. Czyli mamy scenę jak z horroru. Dziecię leci na zbicie nieposiadanych jeszcze zębów w stronę drzwi, przekonane, że zaraz spotka się z tatą, a tam wchodzi jakieś wielkie, czarne coś. A potem tata. Zdziwienie malujące się na twarzy Żółwika było... bezcenne ;)

Na szczęście wujek okazał się całkiem wporzo. Na dodatek przyniósł wkupne w postaci kaczuszki nadzianej na plastikowy kołeczek, na który nadziane były też kółka. Pełnia radochy ^_^ To znaczy to wkupne to tak ogólnie oddziadkowo-wujkowe ;) Oczywiście ten dzień musiał się obyć bez drzemek, bo przecież tyle się działo dokoła.

Słodki dodatek tego dnia, to blok czekoladowy. Dowodów zdjęciowych brak.

Wieczorem komputer został doposażony w dodatkowe elementy, dzięki czemu rodzice mogą teraz radośnie pocinać wreszcie w Mass Effect. Tak czy inaczej Żółwikowi bardzo się podobała bajka przywieziona przez wujka. Sensu w niej zbyt wiele nie było, ale za to masa kolorów i akcji. To jest to, co Żółwiki lubią najbardziej. Który to Żółwik bardzo szybko wujka zaakceptował jako wyposażenie dodatkowe. Wujek się bawił, wymagał myślenia i ogólnie dawał radę ;) Oczywiście pomijając momenty, kiedy leżał jak zdechlak i odsypiał wczesny przejazd pociągiem. Fakt leżenia zdechlakiem został udokumentowany ^_^

Jakoś pogoda nie zachęcała ogólnie do wyjścia na spacery, ale coś tam się zorganizowało. Natomiast ja osobiście zorganizowałam torcik tiramisu według przepisu Doroty, bo nie posiadał w warstwie kremowej surowizny jajecznej. Oczywiście przepis uległ odpowiednim modyfikacjom. Biszkopt robiony według przepisu babci Jot, forma za duża, serka za mało, ale jak widać na dowodzie zdjęciowym - wyszło ^_^ Pomijając fakt, że ciasto upiekło się w chyba 20 minut. Prawie uwielbiam mój piekarnik.

Wujek dał się wciągnąć w grę łamigłówkową z kawałkami deseczek. Mnie. By. Się. Nie. Chciało. Ale ja leniwiec jestem. Panowie coś tam kodzili, ja sobie coś tam robiłam, Żółwik szalał. Ogólnie spędziliśmy czas świątecznie. A potem wujek wyjechał i jakoś dajemy sobie radę.

W Sylwestra Żółwicza mama zdecydowała się na keksa, bo niby miała nie robić, ale jednak zrobiła. Keks był utworzony po raz pierwszy w życiu mym na skutek dostarczenia przez Żółwiczą babcię Zet wypełniacza typowo keksowego. Mój keks wygląda tak (zasmażki brak):

Żółwik Sylwestra znów przespał, mimo że bardziej niż w zeszłym roku ludzie hałasowali nam pod oknami i w ogóle. Twarda z niego sztuka.

Zdrowie Żółwicze dopisuje. Póki co przytrafiło się tylko jedno drobne przeziębienie. Uczulenie ma się chyba dobrze. W połowie lutego planuję kolejne eksperymenty z przejściem na Bebiko. Pojawiły się przed Świętami jakieś plamki na policzkach, ale wychodzi na to, że to kwestia wrażliwej skórki i zamaszystego jedzenia posiłków ;p Na szybkiej i niespodziewanej wizycie u pani doktor przy okazji wypisywania recepty na szpanerskie mleko, dostaliśmy przykaz, by smarować dziobek przed posiłkami. Działa ^_^

Odnotowuję też genialne przebłyski inteligencji. Dziecię zaczyna używać trybu rozkazującego w formie „daj”. Dobrze, że nie „dawaj”. Potrafi pokazać, gdzie jest Żółwik i gdzie ma paluszki. Druga kwestia warta jest odnotowania dlatego, że tylko raz i to dość dawno temu pokazywałam, gdzie są paluszki.

poniedziałek, 14 grudnia 2009

Kuzynka mi przypomniała o wypiekach niewstawionych. Najpierw prawie wypiek, bo nie był pieczony. To blok czekoladowo-ryżowy. Rzeczywiście kruchy, ale podejrzewam, że przepis był skopany jeśli chodzi o proporcje i powinno być więcej czekolady białej i deserowej. Ale to nie zmienia faktu, że dość ciekawy ten eksperyment. Jednak... blok czekoladowy mego autorstwa jest smaczniejszy i się tak nie sypie ^_^

 

 

A to bardzo artystyczne zdjęcie kokosanek na urodzinki Żółwika. Na środku, na górze widać też skrawek bloku czekoladowego ^_^

 

Zasadniczo trwa to już od jakiegoś czasu, ale ciągle jakoś nie mogłam się zabrać do tego, żeby o tym napisać. Kulturalna część bloga wyprowadziła się tam i pewnie tam zostanie.

czwartek, 10 grudnia 2009

Żółwik wprawdzie jeszcze nie chce się zbyt często wypuszczać na wolność i wędrować samotnie na dwóch nóżkach, ale bardzo dobrze idzie mu szybkie wędrowanie na czworaka :D

Wczoraj za to spędził prawie dwie godziny z babcią Zet, z czego ponad godzinę sam na sam i najwidoczniej było w porządku. Płaczu niewiele, wiele zabawy i śpiewania. Ja natomiast wyszłam nie żegnając się, żeby zapobiec wybuchom dziecięcej emocjonalności ;) I tylko zastanawiałam się, czy nie powtórzy się scena z Terminatora, ale nie.

A na dworze jest zimno i ma być jeszcze zimniej.

piątek, 04 grudnia 2009

Wczoraj Żółwik przeszedł po raz pierwszy kilka kroczków do taty. Widać było, że chce później absolutnie świadomie zrobić trasę z powrotem do mamy, ale już trochę pary zabrakło. Czyli należy się spodziewać, że niedługo zacznie latać po okolicy ^_^

Ostatnio ma fazę na pstrykanie guziczkami w monitorze. Bardzo niefajne. A w chwili obecnej rozwal... bada mamy terminarz.

wtorek, 01 grudnia 2009

W sobotę Żółwik odwiedził swoją babcię Zet i prababcię O.

Oczywiście nie dał się wziąć na ręce nikomu innemu niż rodzicom. To znaczy nawet coś jakby wybierał się momentami w stronę babci, ale w ostatniej chwili zmieniał cel i zakręcał. Ogólnie był bardzo radosny, uśmiechał się chętnie do wszystkich i w ogóle. Najbardziej podobała mu się gładka podłoga, na której się częściowo ślizgał i szyba w drzwiach, bo my takiej nie mamy. No i telewizor, tak, jeszcze telewizor był ciekawy, bo kolorowy, ruszało się tam i gadało.

Potrafił wskazać lampę, kwiatki, okno i nawet kalendarz na ścianie. Nauka nie poszła w las ^_^

Poza tym dzisiaj jest TEN dzień, czyli dzień, w którym Żółwik ma kilka czkawek dziennie. Heh...

poniedziałek, 30 listopada 2009

Szczepienie przebiegło chyba całkiem dobrze, bo Żółwik tylko raz zakwilił, a potem okazało się, że karuzelka jest ciekawsza od przelotnego wkłucia. Wprawdzie szczepienie robiła inna pielęgniarka i widać, że nie ma jeszcze takiej wprawy, to nie było tak źle. Musi sobie tylko skombinować dłuższy sznureczek, bo jest niższa niż poprzednia pani od igieł i nie sięga do nakręcania karuzelki.

Żółwik jest podczas procesu nauki samodzielnego jedzenia. Na razie wcina łapkami, czasem jednak wkłada łyżeczkę do buzi i pojawia się pozytywny efekt. Musiałam tylko wyłożyć mu kolana ceratką. Poza tym pomaga przy zakładaniu śliniaczka, podnosząc do góry głowę. Wskazuje na krzesełko do karmienia, kiedy wie, że za chwilę będzie jeść, sugerując, że może by go tak już tam usadzić.

Żółwik dostał też po jednej łyżeczce dziennie jogurtu naturalnego w weekend i póki co nie ma negatywnych reakcji. Poczekamy, zobaczymy.

Poza tym pomaga przy ubieraniu i uwielbia pluskanie się w wannie. Wszystko jest potem mokre i zastanawiam się, czy nie prościej byłoby po prostu wylać zawartość wanienki na podłogę ;p

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka